Zabezpieczony: Waśnie z Szatanem – całość.
listopad 22, 2007
Waśnie z Szatanem – część pierwsza.
listopad 11, 2007
W sobotę przyszedł do mnie Szatan. Przedstawia się, Szatan, dla przyjaciół Lucek, czy mogę się dosiąść, czy mogę do Pana pod pierzynę się wsunąć, delikatny będę, anielski tfu, wręcz będę, razem pooglądamy ten film, co to za film, a, to Omen, wie Pan, to pastisz, wykorzystali mnie tutaj, mnie i moje dzieci, wcale takie złe nie były, naprawdę.
A, moje maniery, ja do Pana w pewnej sprawie – proszę się nie denerwować, proszę leżeć jak Pan leży i myśleć o śmierci jak Pan myśli. Otóż ja chciałem się tutaj Pana zapytać, czy mógłby Pan do codziennie wykonywanych czynności (takich jak narzekanie, załamywanie rąk, rozczulanie się nad sobą) dołożyć jeszcze jakiś mały paciorek do Szatana, Pan rozumie, małe Ave Satanas, prosty okrzyk “Z Szatanem przez życie”, gdyby Pan także jakiś satański wersecik mógł odczytać to na pewno byłoby miło.
I ja myślę, kurwa, spokój, cisza, sobota, mordy uchlane, mordy za oknem brodzą w problemach, ja tutaj samotnie oglądam Omen w jakości DVD i mi jakiś Szatan, dla przyjaciół Lucek, będzie coś pieprzył o miłości do niego, o strofach afirmacyjnych, łaciną mi tu będzie gnój parzystokopytny wyjeżdżał.
Biorę go więc za rogi, Szatana tego, i jeb nim w ścianę, jeb nim o podłogę. Szatan piszczy, upada, gnie mu się płaszcz od Prady, gną mu się spodnie od Prady, gnie mu się torebka od Prady i majtki od Versace’a, ale nie poddaje się Lucek, o nie – Lucek nagle zrywa się na nogi i mówi, grozi raczej, że zaraz na mnie użyje mrocznego zaklęcia “Opętanie Dziewicy” i wtedy będę miał -4 do siły, -10 do inteligencji i nic już nie zrobię, i nawet nie będę mógł narzekać, tak mnie zrobi.
Cofam się, tak przezornie i myślę, przegrałem, to co, to przecież całkiem normalne w Polsce, w tym kraju przegranych, geniuszy bez teki. I widzę, Boże, widzę, jak w kącie pokoju przysypany niedopałkami Caro, widzę jak wstaje, olbrzym, potężny King kurwa Kong, Ptaku, tak ma ksywę, wstaje więc Ptaku, ziewa, przeciąga się, rzuca brzydkim wyrazem pod nosem i zerka na nas, na kretyńską zupełnie sytuację, zerka a tu widok: Ja do ściany przyparty, Szatan w ciuchach od Prady zaklęcia rzucający i Omen w telewizji rodziców mordujący.
I Ptaku myśli, nie myśli, rzuca się na pomoc, Ptaku już nie z takimi sobie radził, Ptaku już nie jednemu elegancikowi rogi wyrwał, z kopytami pożarł… Ptaku się rzuca i kadr stop, stop klatka.
C.D.N.
Get a life.
listopad 4, 2007
Piątego dnia picia popadasz w paradoks. Chcesz widzieć się z ludźmi i jednocześnie ich nienawidzisz. Rozmowa ci nie idzie, tematy socjopolityczne aktywują się dopiero po trzecim piwie. Zdajesz sobie sprawę, że jeżeli nie wleci tu nagle przez okno roznegliżowany ksiądz z ministrantem, to nie będzie czego komentować. Dyplomatycznie patrzysz na piwo, dyplomatycznie lekko się uśmiechasz. Masz nadzieję, że następny opowiedziany kawał będzie dotyczył problemu głodu w krajach indyjskich.
A jeszcze przed chwilą stałeś przed bankomatem i na wyświetlaczu czytałeś: “Get a life”. Tylko że PIN do życia wpisałeś błędnie i access card wcięło. PUK jak zwykle został w domu. Zostaje ci droga do Mekki. Niezobowiązujący browar, tłumaczysz sobie, niezobowiązujący zgon przed Kościołem. Poetycko, myślisz, się pierdolniesz po ośmiu browarach na schodach i będziesz czekał na Zbawiciela. Nie bój się, jeśli nie przyjdzie, to nic nie znaczy. Przecież nigdy nie przychodzi.
I teraz siedzisz w zadymionej knajpie i myślisz, że twoje życie właściwie jest nudne. No bo co ciekawego może być ciągłym mówieniu “Tyskie” albo “Dębowe Mocne”. Co ciekawego może być w zwalaniu się do łóżka po ostrej katordze. Może raz, drugi, trzeci – nawet czwarty. Może wtedy będzie to ciekawe, ale tak ciągle…
Robi się ci w życiu niewiarygodnie nudno. Siadasz na łóżku, na stołku, na krześle, wtulasz się w fotel i zdajesz sobie sprawę, że gdzie byś nie siedział i tak czujesz się niewygodnie. Że niewygodnie ci myśli w głowie leżą, że niewygodnie się serce ułożyło i że niewygodnie krew się po żyłach przelewa. Mijają dwa tygodnie i znajdujesz sam siebie przed lustrem, a odbicie ucieka z krzykiem. Get a life.
Nie może ci być smutno. Smutni są tylko emo.
Nie może ci wesoło. Weseli są tylko kretyni.
Pamięci kaktusa.
wrzesień 21, 2007
Zdechł mi kaktus. Ten dzień nie będzie fajny.
Jeszcze patrzę na zegarek, jakby to miało coś zmienić. Zmęczyłem się – tym patrzeniem, tą sprawą z kaktusem.
Nie potrafisz niczego doprowadzić do końca – zrobiłbyś coś ze sobą, porobił jakieś ćwiczenia. Nawet kaktusa zabiłeś.
A ten kaktus przecież był prezentem na urodziny dla kogoś, kto nagle stał się odpowiedzialny.
Myślałam, że jesteś odpowiedzialny.
Myślałam, że jesteś.
Zdechł mi kaktus. Wciąż tkwi w idiotycznej doniczce, mizerny, uschnięty, skurczony. Straszy łamliwymi igłami, a całość wygląda, jak zraniony pies, który nie pozwala sobie pomóc. Zdechł mi kaktus, wiedziałem, że ten dzień nie będzie ładny.
No nie, ja naprawdę zabiłem kaktusa. Naprawdę ta pustynna roślina zmarła śmiercią tragiczną, bo jak nazwać śmierć z braku wody. Jak czuje się człowiek, która zamordował własnego kaktusa?
Porób jakieś ćwiczenia. Nie stój tak, nie siedź, aż tyle wypaliłeś, aż tyle wczoraj przepiłeś? Porób jakieś ćwiczenia. Zobacz na Pawła, on już ma prawo jazdy, a w domu prawdziwą akację. Kariera, jak Pan Bóg przykazał i Pan Rodzic.
I może masz jeszcze siłę, żeby wstać, żeby sięgnąć po papierosa i zapalić. Ale nie. Papierosa nie ma, skończyły się wczoraj, bo papierosy zawsze kończą się wczoraj.
Za potrzebą.
lipiec 29, 2007
Myślę, że ta wczorajsza ilość wódki spowodowała we mnie jakieś zmiany. Kolory nie są już takie jak kiedyś, niebo wydaje się inne i nawet ludzie przypominają homunculusy. I chce mi się jarać. Kurewsko chce mi się fajczyć – oczywiście, jak zwykle w takich chwilach paczka leży pusta, oczywiście, jak zwykle w takich chwilach jest niedziela i świat zewnętrzny wydaje się straszny, nieprzystępny, oczojebny.
A potrzeba, jak zwykle w takich chwilach, jest niemiłosierna. Ubieram się, przemywam oczy, myję zęby i zostawiam mózg w domu, poczym wychodzę siać smród kaca i wzbudzać trwogę wśród babć.
Idę. Trochę to trwa. Idę.
I nagle widzę, że oczywiście, jak zwykle w takich chwilach, ludzie wracają z kościoła odziani w nowe szaty króla, a na przedzie – jak mogłoby być inaczej – sąsiedzi wypachnieni, uśmiechnięci (bo kazanie było krótkie), z zakupami niedzielnymi, z tymi wszystkimi niepotrzebnymi produktami typu mleko, pierniki, pieguski (w głowie zaśpiewało mi: ty masz dwadzieścia lat, ja mam dwadzieścia lat, przed nami siódmy zgon) z tymi zestawami niedzielnego gościa. Ja z niczym, ja tylko śmierdzę wódką.
- Dzień dobry – cedzę, siląc się na uśmiech z cyklu: “Odgłosy w nocy to szczury ze strychu, wcale się nie wypieprzyłem na korytarzu”.
Drudzy sąsiedzi. Drugi uśmiech. Czy oni wszyscy muszą chodzić razem na tę samą godzinę w dodatku w czasie, gdy normalny skacowany człowiek musi sobie kupić papierosy?
Na pasach stoi staruszka. Widzę ją i ona widzi mnie.
- Przepraszam…
- Nie. Śmierdzę wódką.
No więc śmierdzę dalej. Idę. Trochę to potrwa.
Cliff Martinez.
lipiec 28, 2007
Rano tylko Cliff Martinez. Do tego trzeba mieć nastrój apokaliptyczno-nihilistyczny, a moje powstanie do życia tak właśnie wygląda. A więc siedzimy, ja i Cliff. Palimy papierosy, pijemy kawę. Zastanawiamy się, czy nadszedł czas na próbę przygotowania sobie śniadania i czy przypadkiem, jeśli już ta próba się powiedzie, nie zwymiotujemy go i cała praca pójdzie na marne.
Do Cliffa trzeba mieć nastrój. W jego muzyce jakoś łatwiej wytłumaczyć się przed samym sobą – siła Solaris. Albo po prostu sztuki.
Sam Lem nie lubił tego filmu. Gdyby mój autorytet był równy jemu powiedziałbym pieprzyć Lema. Ale tak pozostaje mi tylko tępa poranna myśl, że wszyscy mają swoją rację i chociaż ja uważam, że moja jest najprawdziwsza, najbardziej odpowiednia dla świata, to muszę akceptować i tolerować racje innych.
O tak wczesnych porach siadam zwykle przed oknem i odprawiam rytuał zapalenia viceroja lajta. Gapię się w chmury i myślę o kukułkach, które ponoć podkładają swoje jaja innym ptasim matkom, by te wygrzewały je jak własne.
Chciałbym być kukułką. Pikowałbym w powietrzu, rżnął się na dachach, mył w rynnach, a ewentualnych potomków podrzucałbym gołębiom. I jeszcze zwiastowałbym burzę – to ważna rola.
W takich chwilach do głowy przychodzi mi Chmurka. Ona gdzieś daleko, wyjechała i nie wiadomo kiedy wróci. Zawsze tęsknie po pięciodniowej imprezie. Roi mi się wówczas jakiś romantyczny poemat, w którym Chmurka przyjeżdża na białym koniu w zbroi wypolerowanej colą wspina się do wierzy po moich spuszczonych długich włosach, całuje mnie (ja z ropuchy przemieniam się w wieprza) i razem odjeżdżamy jak Lucky Luck w stronę zachodzącego słońca.
Chmurko, gdybyś ty teraz tu była. A Chmurki nie ma, jest Cliff Martinez, viceroj lajt, kawa rozpuszczalna w saszetce i pieprzone dwa kaktusy w kretyńskiej doniczce o kształcie smoka.
I teraz każdy hardkorowiec myśli, Boże, połowa wakacji, tyle imprez za sobą i tyle przede mną – i w dodatku nie wrócił jeszcze Ptaku. Co się stanie, jak wróci Ptaku? Jak nazwać destrukcję anihilacji? Rozpierdol rozpieprzenia? Degenerację zła? Niemoralność potworności? Śmierć kostuchy?
Albo to co teraz – odrętwienie, upadek, otępienie, potrzeba.
Poranek.
lipiec 26, 2007
Otwierasz oczy i widzisz, że wsadzili cię do żółtego pokoju ze starą, odlatującą farbą na ścianach, pożółkłymi kasetonami i sprzętem pamiętającym wejście firmy IBM na rynek. Wsadzili cię tu nie wiadomo po co i dlaczego – jeszcze za wcześnie na rekonesans, nie masz dość siły na poruszenie ręką, nogą, a co dopiero dźwignięcie obolałego ciała. Możesz patrzyć i ty, wiedząc, iż nie zaśniesz, że czeka cię teraz dwanaście godzin katorgi, właśnie patrzysz.
Pokój trochę zabrudzony. I mniejsza już o kurz czy naniesiony piach – od biedy można sobie wyobrażać, że piach świadczy o częstych odwiedzinach znajomych – pięć na trzy metry całkowicie zawalone książkami, notatkami, kartkami częściowo zapisanymi, częściowo podartymi – napisy, literki, alfabet w różnych konstelacjach, na setkach, tysiącach stron. Pozostałość po życiu, w którym jeszcze nie bolała głowa.
Kubki, zdarte folie po papierosach, obce cywilizacje na talerzach, sfermentowane zupki chińskie, wypalone zapałki wraz z woskiem przylepionym do biurka, kartony po sokach, sztućce, piętnaście niezniszczalnych ciemnych szklanek z różnymi cieczami w środku, rozrzucone na cztery wiatry ubrania, szmaty i szmatki, a po środku tego, po środku całego tego burdelu, wysadzonego w powietrze sklepu Wszystko po pięć złotych, niewzruszenie stoją sobie dwa zielone kaktusy w pieprzonej doniczce o kształcie smoka.
Patrzysz na to wszystko i zdajesz sobie sprawę, że wsadzili cię do własnego pokoju. I nie, wcale nie zasypiasz, nie wzdychasz z ulgą – twój mózg nie jest zdolny do urodzenia jakiejkolwiek zdatnej do użycia myśli. Nie analizujesz, nie mówisz: “Kurwa, te pierdolone kaktusy” – na razie udaje ci się tylko podnieść rękę i sięgnąć po jedną z piętnastu niezniszczalnych szklanek w nadziei, że w środku znajduje się jakakolwiek ciecz.