Cliff Martinez.

lipiec 28, 2007

Rano tylko Cliff Martinez. Do tego trzeba mieć nastrój apokaliptyczno-nihilistyczny, a moje powstanie do życia tak właśnie wygląda. A więc siedzimy, ja i Cliff. Palimy papierosy, pijemy kawę. Zastanawiamy się, czy nadszedł czas na próbę przygotowania sobie śniadania i czy przypadkiem, jeśli już ta próba się powiedzie, nie zwymiotujemy go i cała praca pójdzie na marne.

Do Cliffa trzeba mieć nastrój. W jego muzyce jakoś łatwiej wytłumaczyć się przed samym sobą – siła Solaris. Albo po prostu sztuki.

Sam Lem nie lubił tego filmu. Gdyby mój autorytet był równy jemu powiedziałbym pieprzyć Lema. Ale tak pozostaje mi tylko tępa poranna myśl, że wszyscy mają swoją rację i chociaż ja uważam, że moja jest najprawdziwsza, najbardziej odpowiednia dla świata, to muszę akceptować i tolerować racje innych.

O tak wczesnych porach siadam zwykle przed oknem i odprawiam rytuał zapalenia viceroja lajta. Gapię się w chmury i myślę o kukułkach, które ponoć podkładają swoje jaja innym ptasim matkom, by te wygrzewały je jak własne.

Chciałbym być kukułką. Pikowałbym w powietrzu, rżnął się na dachach, mył w rynnach, a ewentualnych potomków podrzucałbym gołębiom. I jeszcze zwiastowałbym burzę – to ważna rola.

W takich chwilach do głowy przychodzi mi Chmurka. Ona gdzieś daleko, wyjechała i nie wiadomo kiedy wróci. Zawsze tęsknie po pięciodniowej imprezie. Roi mi się wówczas jakiś romantyczny poemat, w którym Chmurka przyjeżdża na białym koniu w zbroi wypolerowanej colą wspina się do wierzy po moich spuszczonych długich włosach, całuje mnie (ja z ropuchy przemieniam się w wieprza) i razem odjeżdżamy jak Lucky Luck w stronę zachodzącego słońca.

Chmurko, gdybyś ty teraz tu była. A Chmurki nie ma, jest Cliff Martinez, viceroj lajt, kawa rozpuszczalna w saszetce i pieprzone dwa kaktusy w kretyńskiej doniczce o kształcie smoka.

I teraz każdy hardkorowiec myśli, Boże, połowa wakacji, tyle imprez za sobą i tyle przede mną – i w dodatku nie wrócił jeszcze Ptaku. Co się stanie, jak wróci Ptaku? Jak nazwać destrukcję anihilacji? Rozpierdol rozpieprzenia? Degenerację zła? Niemoralność potworności? Śmierć kostuchy?

Albo to co teraz – odrętwienie, upadek, otępienie, potrzeba.

3 Responses to “Cliff Martinez.”

  1. Migotka Says:

    miałeś tu pisać o imprezach,a nie jakieś martinezy i poranne nuuuudy…;) na cyniku se pisz swoje głębokie spostrzeżenia. Co z imprezami, o których powinnien usłyszeć świat?

  2. c y n i k Says:

    Nie. Nie będę pisał o imprezach :)

  3. Anonim Says:

    Czytałeś “Solaris” ???
    Martinez jest ok.Pozdrawiam
    Maćku o porannych Delirium Tremens

Leave a Reply