Za potrzebą.
lipiec 29, 2007
Myślę, że ta wczorajsza ilość wódki spowodowała we mnie jakieś zmiany. Kolory nie są już takie jak kiedyś, niebo wydaje się inne i nawet ludzie przypominają homunculusy. I chce mi się jarać. Kurewsko chce mi się fajczyć – oczywiście, jak zwykle w takich chwilach paczka leży pusta, oczywiście, jak zwykle w takich chwilach jest niedziela i świat zewnętrzny wydaje się straszny, nieprzystępny, oczojebny.
A potrzeba, jak zwykle w takich chwilach, jest niemiłosierna. Ubieram się, przemywam oczy, myję zęby i zostawiam mózg w domu, poczym wychodzę siać smród kaca i wzbudzać trwogę wśród babć.
Idę. Trochę to trwa. Idę.
I nagle widzę, że oczywiście, jak zwykle w takich chwilach, ludzie wracają z kościoła odziani w nowe szaty króla, a na przedzie – jak mogłoby być inaczej – sąsiedzi wypachnieni, uśmiechnięci (bo kazanie było krótkie), z zakupami niedzielnymi, z tymi wszystkimi niepotrzebnymi produktami typu mleko, pierniki, pieguski (w głowie zaśpiewało mi: ty masz dwadzieścia lat, ja mam dwadzieścia lat, przed nami siódmy zgon) z tymi zestawami niedzielnego gościa. Ja z niczym, ja tylko śmierdzę wódką.
- Dzień dobry – cedzę, siląc się na uśmiech z cyklu: “Odgłosy w nocy to szczury ze strychu, wcale się nie wypieprzyłem na korytarzu”.
Drudzy sąsiedzi. Drugi uśmiech. Czy oni wszyscy muszą chodzić razem na tę samą godzinę w dodatku w czasie, gdy normalny skacowany człowiek musi sobie kupić papierosy?
Na pasach stoi staruszka. Widzę ją i ona widzi mnie.
- Przepraszam…
- Nie. Śmierdzę wódką.
No więc śmierdzę dalej. Idę. Trochę to potrwa.
październik 31, 2007 at 2:58 pm
Facet super piszesz.
Genialnie.