Get a life.
listopad 4, 2007
Piątego dnia picia popadasz w paradoks. Chcesz widzieć się z ludźmi i jednocześnie ich nienawidzisz. Rozmowa ci nie idzie, tematy socjopolityczne aktywują się dopiero po trzecim piwie. Zdajesz sobie sprawę, że jeżeli nie wleci tu nagle przez okno roznegliżowany ksiądz z ministrantem, to nie będzie czego komentować. Dyplomatycznie patrzysz na piwo, dyplomatycznie lekko się uśmiechasz. Masz nadzieję, że następny opowiedziany kawał będzie dotyczył problemu głodu w krajach indyjskich.
A jeszcze przed chwilą stałeś przed bankomatem i na wyświetlaczu czytałeś: “Get a life”. Tylko że PIN do życia wpisałeś błędnie i access card wcięło. PUK jak zwykle został w domu. Zostaje ci droga do Mekki. Niezobowiązujący browar, tłumaczysz sobie, niezobowiązujący zgon przed Kościołem. Poetycko, myślisz, się pierdolniesz po ośmiu browarach na schodach i będziesz czekał na Zbawiciela. Nie bój się, jeśli nie przyjdzie, to nic nie znaczy. Przecież nigdy nie przychodzi.
I teraz siedzisz w zadymionej knajpie i myślisz, że twoje życie właściwie jest nudne. No bo co ciekawego może być ciągłym mówieniu “Tyskie” albo “Dębowe Mocne”. Co ciekawego może być w zwalaniu się do łóżka po ostrej katordze. Może raz, drugi, trzeci – nawet czwarty. Może wtedy będzie to ciekawe, ale tak ciągle…
Robi się ci w życiu niewiarygodnie nudno. Siadasz na łóżku, na stołku, na krześle, wtulasz się w fotel i zdajesz sobie sprawę, że gdzie byś nie siedział i tak czujesz się niewygodnie. Że niewygodnie ci myśli w głowie leżą, że niewygodnie się serce ułożyło i że niewygodnie krew się po żyłach przelewa. Mijają dwa tygodnie i znajdujesz sam siebie przed lustrem, a odbicie ucieka z krzykiem. Get a life.
Nie może ci być smutno. Smutni są tylko emo.
Nie może ci wesoło. Weseli są tylko kretyni.